Ruiny Miasta Inków i Pępek Świata zostawiliśmy za sobą. Ale w Peru ciągle trzymały nas formalności odprawowe czyli biurokracja (i trochę jak się okazało opieszałość naszego agenta). Żeby wykorzystać zatem maksymalnie czas w tym cudnym kolorowym kraju, w przypływie szaleństwa wybraliśmy się na wycieczkę do Iquitos. To chyba najkrótsza taka egzotyczna wycieczka w moim życiu. I choć w ciągu paru godzin nie jest się w stanie zobaczyć całego czekającego tam bogactwa, to warto było rzucić okiem!

Iquitos położone jest w północno wschodniej części Peru, w podobnej odległości względem granic z Kolumbią i Brazylią. Leży bezpośrednio u zbiegu rzek Nanay i Itaya, które uchodzą do Amazonki przy północnym krańcu miasta. Otoczone jest wodą i lasem równikowym i ciekawostką jest fakt, że jest to chyba największe miasto świata (liczy sobie ponad 400 tysięcy mieszkańców), nie leżące na wyspie, do którego nie da się dotrzeć drogą lądową, bo nie ma tam żadnych dróg. Prócz jednej, prowadzącej do położonej około 60 km na SSW wioski Nauta. Żeby się tam dostać pozostaje zatem lot krajowy albo z Panamy (choć może już utworzono więcej połączeń międzynarodowych) lub przeszło tygodniowy rejs Amazonką przez Brazylię z samego Atlantyku. Dopłynąć tam mogą statki pasażerskie o zanurzeniu do 5,5 metra.

Okolice te zamieszkiwane były przez ludność rdzenną od stuleci. Wielu stuleci. Gdy w wieku XVIII zjawili się misjonarze jezuiccy, miasto się rozrosło. Kolejnym takim czynnikiem rozwoju w wieku XIX był wzrost zapotrzebowania na kauczuk (pozyskiwany lokalnie) i rozwój motoryzacji. Następnie wpisanie Amazonii na listę 7-miu Nowych Cudów Natury (2007-11) rozsławiło miasto jako cel wycieczek turystycznych.

Charakterystyczną cechą Iqiutos są riksze motorowe, pełniące rolę taksówek, drewniane domy na palach i pływających tratwach . Te pierwsze stanowią główny środek transportu zarówno mieszkańców jak i turystów i są elementem scalającym wizualnie i komunikacyjnie całe miasto. Te drugie pozwalają zmniejszyć ewentualne szkody na skutek wylania rzeki, w której poziom wody może wzrosnąć nawet o 6 metrów. Miasto jest głośne, brudne, kolorowe, zwarte i żywe!

Iqiutos stanowi również bazę wypadową do lasów Amazonii. Dlatego na każdym kroku natknąć się można na biura turystyczne oferujące wycieczki na miarę. Od atrakcji samego miasta i okolic po ambitne trekkingi do dżungli czy rejsy po Amazonce. Ze względu na bardzo ograniczony czas (jeden dzień to naprawdę niewiele) wybraliśmy opcję pozwalającą skosztować wszystkiego po trochu w kilka godzin i pozostało cieszyć się tym, co było nam dane zobaczyć.

Po pierwsze było tam GORĄCO. Wilgotność sprawiała, że człowiek się ruszał i czuł jak mucha w smole. Po drugie były komary, od których nieco odwykliśmy na morzu. Po trzecie były ulewne deszcze, które w ciągu chwili potrafiły przemoczyć człowieka aż do kości, ale za to wspaniale chłodziły. Nic jednak nie było w stanie zepsuć nam nastrojów i dziecięcej radości z tej niespodziewanej przygody.

Był zatem rejs po Amazonce, w trakcie którego zepsuł się silnik (zwalam to na fatum bosmana); panowie przez dłuższy czas bezskutecznie próbowali go naprawić jednocześnie w rozmowie przez MÓJ telefon (pan nie miał zdaje się środków na koncie…) wrzeszcząc na kolegę, żeby zawrócił po nas drugą łódką. W brunatnych wodach rzeki czaiły się manaty, różowe delfiny (największe i chyba najbrzydsze słodkowodne delfiny na świecie), piranie i śmiertelnie groźne czarne anakondy, ale poza dziwnymi pluskami nie dawały o sobie znać. Druga, przeładowana nieco łódka na szczęście w końcu po nas zawróciła i podrzuciła nas do ‚mini zoo’. W owym zoo miałam bardzo mieszane uczucia, bo z jednej strony nie lada atrakcją jest potrzymać małego czarnego kajmana albo ‚prehistorycznego’ żółwia, zobaczyć z bliska białą anakondę, małpki, itd… Z drugiej zwierzaki te są łapane, trzymane w niewoli parę miesięcy i następnie wypuszczane na wolność (ponoć, przynajmniej tak nas poinformowano). Nie wiem czy po takiej traumie dobrze się odnajdują w swoim naturalnym środowisku. Wiem natomiast, że małpka, która uciekła ze swojej zagrody, pobiegła przytulać się do swojej tymczasowej właścicielki, więc może nie jest jej tam tak źle? A może to syndrom sztokholmski… W dzisiejszych czasach multimediów, idea zoo już do mnie nie przemawia. Z drugiej strony zobaczyć takie zwierzaki na dziko to nie bagatelna sprawa. W przypadku kajmana i anakondy to chyba bym nawet nie chciała… Także jednak poszłam i tuliłam biednego leniwca w zoo. Hipokrytka.

Potem była jeszcze wizyta w całkiem ciekawym hotelu, na który składał się cały system domków na palach, gdzie po pysznym lunchu wybraliśmy się na króciutką niestety wycieczkę kajakiem po pobliskim bajorze. Krajobraz piękny i ptactwo wszelakie cieszące oczy, ale przewodnik przegnał nas w tę i z powrotem i już trzeba było wracać. Chowając się pod dachem przed ulewnym deszczem miałam wrażenie, że Zimorodek, nasz rejs i wszystkie te biurokratyczne rozterki tam gdzieś w La Puncie należą do zupełnie innego świata. Innej czasoprzestrzeni. Która zaczęła się jednak na nowo upominać o uwagę.

Ta turbo krótka i nieco niespodziewana wizyta w Amazonii była dla mnie dodatkowym bonusem. Niemal przez przypadek zwiedziłam miejsce, do którego właściwie nigdy wcześniej nie chciałam jechać. Tropiki, lasy równikowe, mętne błotniste rzeki pełne drapieżnych stworzeń, które tylko czyhają na człowieka, żeby go pożreć, wszelkie robactwo gryzące i trujące i wszystkie choroby egzotyczne – nie, zdecydowanie Amazonia nie była na liście. A jednak mnie pozytywnie zaskoczyła. Okazało się, że z tym byciem zjedzonym to nie jest takie proste (zakładając, że ktoś się za bardzo nie stara). Że ludzie tam żyją i zdają się mieć całkiem dobrze. Jak to często bywa w miejscach gdzie nie ma zbyt dużo pieniędzy, widać bardzo wiele szczerych uśmiechów. I choć nie wyobrażam sobie życia w takim klimacie to jednak potrafię docenić urok tego miasta i tej wybujałej, pulsującej przyrody wokół. Myślę, że wyprawa do dżungli na parę dni mogłaby być fajnym doświadczeniem! Także polecam. Tylko może na dłużej niż jeden dzień!