Peru rajem dla żeglarzy zdecydowanie nie jest. Lawina biurokracji i formalności, które trzeba spełnić, żeby móc oficjalnie wpłynąć do tego kraju jest taka sama dla wszystkich jednostek, bez względu na rozmiar, charakter i tonaż. Także Zimorodek został potraktowany godnie, na równi z tankowcami, kontenerowcami czy wielkimi statkami pasażerskimi. Nie skupiając się za bardzo na tym, w jaki sposób doszłam do tej wiedzy (w końcu wszyscy dobrze wiedzą, że najlepiej się uczy na błędach…), napomknę krótko o niezbędnych krokach, jakie trzeba podjąć jeszcze przed postawieniem stopy w Peru. Otóż przede wszystkim trzeba mieć Agenta, który będzie reprezentował nasz okręt we wszystkich instytucjach przez cały czas załatwiania formalności (dla nas oznaczało to cały, dwutygodniowy pobyt w Peru). Co prawda niby na wejściu można próbować odprawiać się samemu (dla osób, które lubią sporty wymagające wysokiego współczynnika cierpliwości i planowania stu kroków do przodu, gdy kolejny raz odbija się głową o mur, myślę, że może szachiści…?), ale już na wyjście nie. Także oszczędność znikoma, bo agent bierze właściwie tyle samo za swoją robotę. Jak już się ma owego reprezentanta, to od razu inaczej człowieka postrzegają. W zasadzie wtedy dopiero zaczynają człowieka dostrzegać, gdy na pytanie, kto jest naszym agentem, z dumą można w końcu podać jego imię, nazwisko i firmę, w której pracuje. Wcześniej łączność wchodziła ciągle w fazę zakłóceń i zapętlonego ‚proszę czekać, odezwiemy się wkrótce’. Taki już zauważony człowiek, z agentem, może zejść na ląd, przekazać agentowi wszystkie papiery (polecam mieć ich sporo, z wszelkimi upoważnieniami dla agenta włącznie) i walizkę złota. Dobrze jest wiedzieć jednak za co właściwie się płaci i wytłumaczyć to również agentowi – sporo z nich, traktując jacht na równi z wielkimi statkami, nie mając widocznie doświadczenia z żeglarstwem turystycznym pod obcymi banderami, rutynowo zarząda opłat i dokumentów jak dla floty handlowej. Należy się nie zrażać (albo poszukać innego agenta) i przygotować na to, że jedyna opłata, której nie da się uniknąć, to za certyfikat i odprawę sanitarną. (Wymagane jest także okazanie żółtych książeczek wszystkich członków załogi.) Nie jest ona mała (najniższa stawka jest dla statków do 5000 ton, a najwyższa, dla jednostek powyżej 90000 ton jest niecałe dwa razy większa; próby tłumaczenia, że nasz ma tylko 18 ton, więc jest w zasadzie w granicach błędu, spełzły na niczym), certyfikat zaś wystawiany jest na 6 miesięcy, więc gdyby ktoś miał ochotę wrócić przed upływem tego czasu, to kolejnym razem koszty maleją. Ponieważ z pomocą najwyższych władz portowych, stoczyliśmy istny bój z biurokracją urzędową, nie ukrywając naszego rozczarowania i zmęczenia całą tą sytuacją (postój miał trwać pierwotnie 4-5 dni), urzędnicy na koniec byli nieco bardziej łaskawi i właściwie niemal zmartwieni faktem, że możemy do Peru nie chcieć już wrócić. To nie do końca prawda, bo wróciłabym tam bardzo chętnie, zostawiwszy jednak wcześniej jacht np. w Iquique, udałabym się samolotem do Cusco, Arequipy, czy gdzie tam trzeba. A potem, wróciwszy po jacht, raźno płynąc dalej wzdłuż brzegów Peru, zagrałabym im na nosie. Choć z drugiej strony, następna tam odprawa powinna pójść jak z płatka, w końcu mamy już kontakty w Peru.

Ale pierwsza lekcja była nieunikniona. Nie mogąc zatem ruszyć jachtu a mając, jak nam się wydawało na początku, ledwie parę dni wolnego, pognaliśmy na wycieczkę do sławnego Machu Picchu! Pamiętając wcześniejsze doświadczenia z większymi wysokościami na Atacamie, byliśmy już lepiej przygotowani. Tym razem jednak aklimatyzacja przebiegała wyjątkowo łagodnie i herbatkę z koki piłam głównie dla smaku i frajdy spożywania ‚zakazanych’ substancji.

Cusco, czyli w języku Indian Keczua ‚pępek świata’, położone jest na wysokości około 3400 m. n.p.m. i w XV wieku było stolicą Imperium Inków, przeżywając swój największy rozkwit. W 1536 roku, podczas powstania Manco Inki (ostatniego władcy u kresu istnienia Państwa Inków, pierwotnie wyniesionego na tron przez hiszpańskich konkwistadorów, wobec których później się zbuntował) miasto zostało strawione przez pożar i odbudowane na nowo przez Hiszpanów. Później kilkakrotnie ulegało jeszcze zniszczeniu na skutek trzęsień ziemi. Malowniczo położone wśród wzgórz, prezentuje się iście kolorowo. Nie należy zniechęcać się czarnymi ziejącymi dziurami okien zabudowy widzianej z lądującego samolotu. Człowiek szybko przyzwyczaja się do charakteru tej podmiejskiej architektury, za to centrum stanowi prawdziwą perełkę. Jest tu co robić na dużo dłuższy czas, niż ten, którym dysponowaliśmy. Samo miasteczko, targ, muzea, katedra, parki i okoliczne wzgórza dostarczyłyby rozrywki na kilka dni. I ta czekolada w muzeum czekolady… Do tego masę ciekawych górskich destynacji w regionie, dokąd można się wybrać na własną rękę, choćby pożyczonym samochodem albo wykupić gotową wycieczkę.

Nam jednak czas uciekał i jedyne na co mogliśmy sobie pozwolić to ‚must-see’ Peru czyli ruiny Machu Picchu. Z Cusco wybraliśmy się zatem pociągiem do Aguas Calientes zwanego również Machu Picchu Pueblo (pueblo – hiszp. wieś), takiego turystycznego przyczółka pod ruinami miasta inkaskiego. Pierwotnie, na początku XX wieku zamieszkiwane przez kilka rodzin rolniczych, później stało się ponoć ważnym przystankiem w sieci kolei peruwiańskich a wraz ze wzrostem zainteresowania ruinami Machu Picchu od roku 1911, kiedy amerykański historyk Hiram Bingham ‚odkrył’ to miejsce na nowo, z czasem stało się także kolebką turystów. Przecina je rwąca rzeka Vilcanota – czyli górny odcinek sławnej rzeki Urubamba. Widoczna z wyżej położonych ruin miasta inkaskiego przybiera kształt wijącego się wokół stromych zielonych wzgórz węża – boga mądrości, ważnego elementu kultury Inków. O samych ruinach nie będę się rozpisywać, bo powstały na ten temat liczne książki. Natomiast nie do końca sprawdziły się rady, żeby na szczyt Machu Picchu wejść z samego rana a dopiero potem zwiedzać ruiny (na szczyt wspaniałego Huayna Picchu nie było już biletów, więc niestety pozostało poza zasięgiem), bo owszem wczesno – poranne godziny i pierwsze promienie wschodzącego słońca ukazujące się ponad otaczającymi, dziko zielonymi wzgórzami, muszą robić oszałamiające wrażenie, pod warunkiem, że cały świat nie jest skąpany we mgle i nisko zasnutych chmurach… Zanim te na dobre się przerzedziły, musieliśmy zmykać na dół, przebiec przez ruiny, pomiędzy lamami i fotografującymi je, zabawnymi turystkami, po stromych schodach na samo dno doliny i dalej wzdłuż rzeki do Machu Picchu Pueblo, skąd odjeżdżał nasz pociąg powrotny do Cusco.

Trochę na wariackich papierach, ale warto było. Bałam się, że może sława tego miejsca, jak to często bywa, przyćmi wrażenia ‚na żywo’, ale nie tutaj. Nie dla mnie. Dramatycznie położone ruiny i otaczająca je tajemnica, związana z brakiem pewności, czym to miasto, nigdy nie dokończone, tak naprawdę miało być u schyłku Imperium, pozostawia mnóstwo miejsca wyobraźni i wszelkim domysłom. I chyba to jest takie pociągające, że choć dogłębnie zbadane i zinwentaryzowane w detalach, to jednak jako całość wymyka się jednoznacznym definicjom. Czy miało być rezydencją władców, czy świątynią i celem pielgrzymek religijnych, czy obserwatorium astronomicznym? Teorii jest kilka. Nie ulega wątpliwości jednak, że jest genialnie położone strategicznie, trudne do znalezienia (niewidoczne z dołu), łatwe do obrony (niemożliwe do odcięcia od wody, za to mury i specjalne drewniane mosty, które można było w razie czego spalić/zburzyć świetnie mogły bronić dostępu), pięknie wpisane w naturalny krajobraz i wykorzystujące walory swojej lokalizacji (jak choćby ruch słońca po niebie – kierunki padania promieni słonecznych w określonych porach dnia i roku), flankujące je strome wzgórza i wijąca się w dole rzeka – wszystko sprawia, że jest to imponująca, fascynująca zagadka na miarę cudu świata, którym jest!

Szkoda, że nie było czasu na przejście całego Szlaku Inków, zobaczenie Tęczowych Gór czy tylu innych atrakcji w pobliżu Cusco. Ale choć żal było opuszczać Krainę Inków, to jednak powrót na Zimorodka był powrotem do domu, do starego przyjaciela zostawionego pod czujnym okiem boga słońca…

Zdjęcie z okładki: Marek Baran