Koniec tego morskiego rozdziału miał dla mnie nastąpić na Jamajce. Choć część mnie bardzo by chciała kontynuować ten cudowny rejs, to jednak cieszyłam się na myśl o powrocie do rodziny, znajomych, na wszystkie przyjemności, o które na jachcie niełatwo. I na wszystkie zaplanowane atrakcje wakacyjne. Ale po kolei.

Po drodze na Jamajkę zahaczyliśmy o wyspy kolumbijskie San Andres y Providencia. O ich historii można by napisać dużo więcej, ale wspomnę kilka faktów: wyspy zostały odkryte przez Europejczyków prawdopodobnie w:

– roku 1492 podczas pierwszej ekspedycji Kolumba – polska Wikipedia,

– końcu wieku XVI  przez Holendrów – lonelyplanet.com,

– wieku XVI  przez Hiszpanów ale możliwe, że już w końcu wieku XV przez Kolumba podczas jego czwartej wyprawy (ponoć wspominają o tym ‚książki historyczne’) – sanandres-colombia.com…

Pewnie znalazłabym więcej róźniących się źródeł, ale wymagało by to dodatkowej pracy badawczej a przyznam, że są ciekawsze tematy. Niemniej wyspy były w użyciu (bo napisać ‚w rękach’ to znowu pytanie czy oficjalnie i wg której strony…) przez Holendrów, Hiszpanów, Francuzów i Anglików. To ci ostatni jako pierwsi (o ile jeszcze w cokolwiek można wierzyć) zasiedlili na stałę wyspy w roku 1628. Następnie w roku 1640 sprowadzili niewolników z Jamajki. Potem była krótkotrwała okupacja hiszpańska a z końcem wieku XVII wyspy upodobał sobie angielski korsarz Henry Morgan, który według legend miał składować na San Andres swoje skarby. Czy to prawda – nie wiadomo, ale jednodniowe wycieczki do Morgan’s Cave pewnie dobrze się sprzedają.

W 1822 roku wyspy wywalczyła sobie Kolumbia i kilka lat poźniej podpisała traktat z państwami ‚ościennymi’ (wg sanandres-colombia.com były to kraje Ameryki Środkowej, Peru, Meksyk i Panama). Przez długi czas Nikaragua również rościła sobie prawa do archipelagu ale zdaje się, że został przehandlowany za inny kawałek ziemi a przynależność do Kolumbii potwierdzona kolejnym traktatem w 1928 roku (choć Nikaragua się nie poddawała i ciągle zgłaszała pretensje).

W każdym razie obecnie wyspy stanowią cel wakacyjnych wycieczek bogatszych Kolumbijczyków i nie tylko. Szukający luksusu i krystalicznych białych plaż znajdą je na San Andres. Hotele, butiki, restauracje, bajeczne miejsca do snorkowania w pobliżu – czyli miejsce dla wygodnych turystów. Pewnie są tam też takie bardziej zaciszne, warte odkrycia a nie da się ukryć, że turkusowe wody wokół zachęcają do plumskania – ale nie mieliśmy czasu na wszystko. Jako spragnieni wolności podróżnicy pognaliśmy zatem z wiatrem na mniejszą, położoną na północ – północny wschód, Providencię.

Do kotwicowiska wpływa się zygzakiem posród raf. Położone jest ono w zatoce pomiędzy wyspą Providencia a mniejszą Santa Catalina. Łączy je pieszy „Most Zakochanych”, choć nie pamiętam gdzie natknęłam się na tą nazwę. Również tu krążą legendy o skarbach Morgana, ale to co pierwsze rzuca się w oczy, to całkiem namacalne armaty i pozostałości fortu. Jak już się załatwi wszystkie formalności, można iść na spacer w malownicze góry, można wyspę obiec dookoła (18km, yes!!!) i można ponurkować w okolicy. Ach co to było za nurkowanie. Znów przeszłam szybkie szkolenie ‚intro’ podczas gdy reszta ekipy poszła na głęboką wodę. Potem już razem nurkowaliśmy przy pobliskich rafach. Wszystko było pięknie i kolorowo, aż wtem mój prywatny przewodnik, trzymając mnie za rękę, poprowadził mnie wprost w sam środek ławicy żółtych cudnych rybek. Muszę przyznać, że to jeden z tych momentów, kiedy na prawdę można zapomnieć o oddychaniu. Były wszędzie dookoła, spokojne, niemal ocierały się o moją twarz, ręce, nogi. Cudowne uczucie, stać się na chwilą częścią czegoś tak ulotnego! Zamarliśmy w bezruchu, czekając aż powoli minie nas cała ławica, i gdy znów znaleźliśmy się poza nią, ruszyliśmy dalej przed siebie. Magiczne doświadczenie! Także nurkowanie nagle znalazło się bardzo wysoko na liście potrzeb życiowych. Uczucie zawieszenia w czasie i przestrzeni, zgłębianie nowego zupełnie wymiaru i całe to bogactwo podwodnego świata! Tak!

Na koniec kawał porządnego żeglowania i ostatni mój przystanek w tej morskiej podróży, całkiem nie byle jaki: Kingston. Zwiedzanie Jamajki odpuściłam z wielu względów, więc ciężko mi cokolwiek napisać o samej wyspie. To co zastaliśmy jednak w Port Royal daleko odbiega od wszelkich wyobrażeń o największym pirackim porcie, gdyż zostało ono zniszczone przez trzęsienie ziemi w 1692 rok. Zginęła większość spośród 7000 mieszkańców, w tym również najbardziej znany pirat Henry Morgan. W XIX wieku u wybrzeży wyspy odkryto podwodne cmentarzysko ofiar tej tragedii.

Wspólna wizyta wymieniających się załóg w jednej z restauracji wzbudziła w nas bardzo mieszane uczucia. Począwszy od wiecznego oczekiwania na przyjęcie zamówienia i dalej jego realizację, po kłopotliwe próby zamówienia taksówki na powrót i tłumaczenie, dlaczego nie chcemy wracać pieszo, choć to przecież nie daleko i kelnerka zawsze chodziła tam na piechotę… Może było bardzo po sezonie. Niemniej towarzysko bardzo miłe dni. Dla mnie i reszty ‚zsiadających’ spokojne, relaks, drinki, tańce i ostatnie noce na pokładzie pod gołym niebem. Dla nowej załogi zakupy, planowanie, organizowanie – ale sama to przyjemność z całą bandą radosnych dzieciaków!

Choć dla mnie kończył się tutaj ten bajeczny rejs, i ze smutkiem – jak zwykle – zsiadałam z Zimorodka, to perspektywa powrotu do bliskich budziła uśmiech i radość. I emocje przed wszystkimi kolejnymi, zaplanowanymi lub nie, wakacyjnymi przygodami!

Okazało się, że to wszystko jednak nie tak szybko, bo spóźniony samolot, kłopot ze zmianą biletu, dodatkowy nocleg w Toronto, i przesiadka w Londynie. Te trzy dni samolotem bardziej mnie wyczerpały niż trzy miesiące na morzu. W dodatku po dwumiesięcznej zaprawie w tropikach, to właśnie w Toronto spaliło mnie słońce, podczas kilkugodzinnego spacero/biegu przez miasto! Był to najdłuższy i najdroższy powrót skądkolwiek, tym bardziej cieszyłam się w końcu na te wszystkie spotkania!!