Mieszkając w Ushuaia przez nieco dłuższy czas mam większą szansę doświadczyć rzeczy niecodziennych, na które nie łatwo trafić podróżując w pośpiechu. Zdecydowałam się tutaj zostać w przerwie międzyrejsowej, żeby móc właśnie nieco zwolnić, znaleźć czas na wszystkie odkładane wcześniej aktywności, poznać to miejsce lepiej, poznać ludzi… Przeżyć, poczuć, przesiąknąć tutejszym powietrzem. W dodatku zaczęła już działać magia tego miejsca i smutno mi się robi, na samą myśl, że miałabym je opuścić. Jeszcze nie jestem gotowa!

Każdy dzień przynosi nowe niespodzianki. Jak nie pogodowe, to niesamowitych ludzi, którzy zjawiają się tu na Końcu Świata żądni przygód, wrażliwi na piękno przyrody, często z ogromnym bagażem doświadczeń podróżniczych i ekscytującymi planami kolejnych wypraw. Ludzi, którzy zarażają pozytywną energią a ich entuzjazm działa na mnie niezwykle motywująco.

Każdego dnia staram się realizować kolejne małe kroczki w kierunku celu i wydaje mi się, że powolutku się do niego zbliżam. Malowanie dostarcza wiele satysfakcji. A świadomość, że to dopiero początek drogi sprawia, że kolejne eksperymenty są wspaniałą zabawą. W dodatku przybywa nabywców moich wytworów i nowych zamówień co jest najwspanialszym dla mnie wyrazem uznania!

Wreszcie mam również okazję zobaczyć i wziąć udział w wydarzeniach zupełnie wyjątkowych. I tak pewnego dnia, spacerując ze znajomym po centrum miasteczka, usłyszeliśmy muzykę i zobaczyliśmy mieszkańców, ubranych w kolorowe stroje, tańczących na głównej ulicy przy dźwiękach gitary i tradycyjnych pieśni. Okazało się, że w ten sposób 10 listopada obchodzone jest święto: El Día de la Tradición, w rocznicę urodzin José Hernández’a, autora poematu narodowego Gaucho Martin Fierro, który przedstawia historię głównego bohatera na tle sytuacji politycznej Argentyny w końcu XIX wieku. (Warte zgłębienia, jak również to, co na ten temat miał do powiedzenia Jorge Luis Borges!). Dwa dni później, w sobotę, odbyła się z tej okazji parada konna gauchów (może żeby uniknąć utrudnień w ruchu w ciągu tygodnia, kiedy wszyscy pracują i nie mają czasu) w trakcie której można było podziwiać piękne stroje jeźdźców i zdobioną uprząż rumaków rasy criollo.

Innym razem zostałam zaproszona przez Rodzinę, z którą pracuję, na kiermasz rękodzieła z innego regionu państwa, który przez dwa dni odbywał się w jednej ze szkół. Kupiłam tam, poza kilkoma drobnymi przysmakami, kolejne mate, tym razem mniejsze, zgrabniejsze, delikatniejsze, bo jakoś tak samo się do mnie uśmiechnęło. Po kiermaszu udaliśmy się do innej szkoły na pokaz tańców tradycyjnych z różnych prowincji Argentyny (Fiesta de las Provincias). Bez żadnego uprzedzenia czy informacji, że coś takiego się w ogóle odbywa, nigdy bym tam inaczej nie trafiła. Miałam okazję podziwiać kunszt profesjonalnych tancerzy, którzy, muszę przyznać, zupełnie zawrócili mi w głowie. Szczególnie Ci wywijający boleadoras*. Niestety nie dysponuję materiałem zdjęciowo filmowym o jakości pozwalającej na publikację, ale chętnym polecam wyszukać choćby ‚argentina malambo boleadoras’ i zobaczyć co oni tam wyprawiają! Miałam też okazję ze znajomymi wykonać kilka niezręcznych kroków tanecznych i czekam teraz z niecierpliwością na kolejne okazje!

*dwa kamienie połączone sznurem, służące dawniej głównie do łapania dzikich koni przez spętanie ich kończyn.

Znowuż innym razem dostałam cynk, że owego dnia odbywa się Fiesta de los Gauchos i jak mam ochotę, to mogę się tam wybrać konno. Miałam ochotę ogromną i nawet dodatkowo miłe towarzystwo (na szczęście, bo nie wiem czy trafiłabym tam sama), więc pojechałam oglądać prawdziwe rodeo. Uczucia mam zupełnie mieszane i nie chcę się rozwodzić na ten temat, ale dość, że to raczej śmiałkowie lądowali w szpitalu (co jak się okazuje jest na porządku dziennym, impreza taka odbywa się bowiem parę razy w roku) spadając nie rzadko po zaledwie dwóch, trzech sekundach z koniecznych ośmiu (do tej pory nie wiem skąd się wzięło akurat osiem). Gdy komuś jednak uda się wysiedzieć owe osiem sekund, to dwóch innych jeźdzców próbuje podjechać wtedy do niego i ściągnąć go z szalejącego ciągle rumaka. Do szaleństwa owego mogą się nieco przyczyniać długie na 15-20 cm ostrogi i skórzany bicz, którym śmiałek ów okłada wcześniej pół-dzikiego rumaka. Widowisko spektakularne, choć nie jestem pewna czy uważam udział w nim za przejaw odwagi…

Dodatkowym zaś atutem imprezowym jest możliwość zjedzenia pysznego choripana (odpowiednik północnego hot doga, tyle, że o niebo smaczniejszy) albo asado, bez tych całych turystycznych ceregieli i w dużo bardziej przystępnej cenie. Na moje pytanie, gdzie na co dzień można znaleźć takie smakołyki, usłyszałam, że… w domu. Tak więc ćwiczę się w przyrządzaniu mięsiwa. Choć nie za często, bo coraz bliższa moja dieta jest tej typowo argentyńskiej: mate, wołowina i dulce de leche.

Kolejną imprezą, której wraz ze znajomym byliśmy świadkami, tym razem w parku narodowym, był wyścig kolarski. Odbywał się w ciągu dnia, kiedy zarówno tuż przed jak i zaraz po sypał gęsty śnieg i wiał lodowaty wiatr. Na sam moment zawodów niebo się przejaśniło i próbowaliśmy uchwycić na zdjęciach najciekawsze momenty. Ja bardziej dla towarzystwa, niż z własnego zainteresowania, ale odkryłam przyjemność fotografowania ludzkich intreakcji, kiedy na twarzach malują się emocje a oczy mówią więcej niż tysiąc słów. Ciekawy był też sam moment przekraczania przez kolejnych zawodników linii mety, gdy na kilka metrów przed, z twarzy znikało zmęczenie i pojawiała się nagle wielka radość!

Tak więc od czasu do czasu, od święta, mam okazję poznawać kolejne aspekty niezwykle barwnej kultury gauchów. I nie tylko. Jest to cudowne uzupełnienie moich codziennych obowiązków i przyjemności! Choć nie do końca potrafię je teraz odróżnić…