Coś się kończy, coś się zaczyna. Lato się skończyło, jesień powolutku zaczyna przebarwiać drzewa Lenga w okolicy Ushuaia, znak, że pora wracać na północ. Nie łatwo przyszło mi się pożegnać z tym miejscem. Tym bardziej po przyjeździe Foki przypomniały mi się czasy Nielepic i naszych huculskich przygód, uciekające konie i sielska atmosfera… Zostawiłam tam w Centro Hipico skrawek serca, po który kiedyś wrócę! Oby się im darzyło!

Tak się szczęśliwie złożyło, że mam przyjemność opuszczać Koniec Świata na pokładzie tego samego jachtu, na którym zawitałam tam po raz pierwszy. I w ten sposób znów tymczasowo zamieszkałam na Zimorodku. Home, sweet home – choć ciężko właściwie ocenić gdzie jest akurat dom, do którego wracam, to bardzo miłe uczucie zostać znów ugoszczonym na tak sympatycznym okręcie! Każdy etap mojej drogi w jakiś sposób zbliża mnie do Domu właściwego.

Zaokrętowanie tym razem miało nastąpić w Puerto Natales. Miałam taki chytry plan, żeby zostawić wcześniej swoje rzeczy w Puerto Williams, tak żeby Zimorodek mógł po drodze na zachód je zgarnąć, oszczędzając sobie targania tego autobusem, ale kolejny raz moje plany pokrzyżował łobuzerski, patagoński wiatr. Port w Ushuaia zamknięty dla małych jednostek. Duże z kolei nie mają prawa przewozić pasażerów przez Beagle’a. Pani z rozkosznym uśmiechem oznajmiła, że taxi-łódka może i nawet popłynie do Puerto Navarino ale po południu. Wtedy nie miałabym już szansy zabrać się z powrotem z wracającą z Antarktydy Lady Daną, więc cała wyprawa nie miała sensu. Nie ominęła mnie zatem jazda autobusem z wszystkimi klamotami i nie poznałam kolejnego skrawka wyspy Navarino.

Opuszczając Ushuaia miałam tak mieszane uczucia, jak rzadko kiedy. Cieszyłam się na nowy rejs i czekające mnie przygody, a jednocześnie niemal spodziewałam się jakiejś awarii autobusu albo utrudnień na granicy, które sprawią, że jednak będę musiała zostać tam, na Końcu Świata. Nic takiego jednak się nie stało i po sprawnej przesiadce w Punta Arenas, pomachawszy wcześniej gryzącej boi przy Pierwszej Angosturze, na której wiatr dął ze wszystkich sił, znalazłam się w porcie zaokrętowania. Ale to dopiero połowa sukcesu. Dostać się na stojący na boi jacht nie było bowiem tak łatwo. Wiatr i fala uniemożliwiały bezpieczne użycie jachtowego pontonu oraz podpłynięcie jachtem do pomostu Armady i koniec końców musiałam sobie poszukać noclegu na lądzie. Na zapas brałam prysznic i rozciągałam się w poprzek na ogromnym łóżku, szykując do jachtowej nie-wygody przez kolejne miesiące. Nie-wygody, którą muszę dodać, bardzo wszak lubię.

Etap I P. Natales – P. Montt (zamiast Valparaiso)

Po znalezieniu się w końcu na pokładzie, czekało mnie nie lada zaskoczenie. Nie co dzień wszak ma się okazję stawiać awaryjny maszt! A tu proszę, pierwszy dzień i zrobione, dwa razy!! Nie mi opisywać okoliczności, w wyniku których w ogóle było to konieczne, ale zaimponowała mi sprawność z jaką krok po kroku można ogarnąć sytuację, która mi wydawałaby się beznadziejna. Tym bardziej na podziw i szacunek zasługują żeglarze, którzy radzą sobie z takimi problemami samotnie w maciupkich łupinkach, gdzieś na środku oceanu. Ale ‚calm seas never made a skilled sailor’ – wszystko jest zatem sumą naszych doświadczeń i odpowiedniego nastawienia. Tak i tutaj po uprzedniej burzy mózgów, Ci co mieli szansę wpaść na pomysł i rozwiązanie – wpadli i rozwiązali i cała akcja stawiania nowego bezana, której już byłam świadkiem a nawet czynnym uczestnikiem, przebiegła szybko i sprawnie. Potem za to ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że na co dzień nie uświadamiamy sobie, ile jest urządzeń na takim jednym maszcie i ile kilometrów kabli trzeba założyć, żeby wszystkie te ustrojstwa działały. Bosman miał zabawę jeszcze na parę tygodni…

Co się dało na szybko, zostało naprawione i pozostało nam czekać na odpowiednie warunki pogodowe, żeby wyruszyć ku północy. W końcu, gdy otworzyło się okno pogodowe, z jednym skrzydełkiem trochę bardziej, Zimorodek pofrunął w drogę powrotną do ciepłych krajów.

Okazuje się, że w zasadzie nie ma korzystnego czasu na żeglowanie w górę w Kanałach Chile – wiatry niemal ZAWSZE wieją tam z północy. Również po wschodniej stronie Ameryki Południowej łatwiej jest dostać się na południe. Musi być ku temu powód 🙂 Antarktyda przyciąga i pokazuje, że tak łatwo nie puści. Poza tym, w końcu logiczne że na dół łatwiej niż pod górę. Tak więc mozolnie walczyliśmy z wiatrem i prądem o każdą milę, chowając się w zacisznych kaletach za każdym razem, gdy obydwa przybierały na sile i praktycznie zatrzymywały nas w miejscu. Kolejny raz żywioł udowodnił nam dlaczego nie wpisuje się nigdzie portu docelowego, dopóki nie odda się w nim cum. Pierwotnie etap miał się kończyć w Valparaiso, zbyt wolno jednak posuwaliśmy się na północ i nawet Puerto Montt w pewnym momencie wydawało się niepewne. Jak się okazało później, ten tydzień straty drogo nas kosztował i zapoczątkował lawinę opóźnień.

Pływanie kanałami ma jednak swój urok. Małe lub zerowe zafalowanie, dużo zwierzaków, gdzie niegdzie jeszcze czające się lodowce, urocze zatoki i wąskie przejścia między skalistymi wyspami. Ostatnia na południu kąpiel pod lodowym czołem w wodzie o barwie mlecznego turkusu. Z rzadka na wschodzie ukazywały się jeszcze jęzory ogromnego Lądolodu Południowo-Amerykańskiego, kusząc obietnicami wspaniałych rzeźb lodowych w prowadzących w głąb pomiędzy góry zatokach… Ale nie było czasu. Gnaliśmy przed siebie a krajobraz stopniowo zmieniał się wokół nas. Pojawiała się inna roślinność, góry malały i nie wydawały się już tak niedostępne.

Puerto Eden przypomniało mi nieco uboższą wersję pewnej alaskańskiej wioski indiańskiej (Hartley Bay?) z charakterystycznymi drewnianymi drogami na palach. Zmuszeni byliśmy do zrobienia zakupów w jedynym lokalnym sklepiku, bo jakoś zupełnie nie doszacowałam regionu w jakim mieliśmy pływać i zrobiłam zakupy jak dla połowy załogi – ale człowiek się uczy na błędach, więc trzeba je szybko popełniać! Spacer na pobliskie wzgórze zaowocował pięknym widokiem na okoliczne wyspy i całą wioskę, której źródła utrzymania mogliśmy się tylko domyślać.

W drodze do kolejnej miejscowości, Puerto Aguirre, czekało nas jeszcze parę noclegów w przytulnych kaletach i nieszczęsna Golfo de Penas. Jakoś umknęły mi wcześniej wszystkie uwagi na temat tej zatoki, a byłabym się może jakoś przygotowała do tej bitwy. Jakaś gigantyczna wstrętnie martwa fala, choć miałam już wcześniej do czynienia z bardziej zajadłymi, próbowała mnie wykończyć od środka. W zasadzie nawet nie czułam się źle, ale miałam ograniczoną przydatność do czegokolwiek, poza obserwowaniem morskiej toni za relingami. Skupienie wzroku na zegarze plotera wymagało nieludzkiego wręcz wysiłku a co najgorsze, trwało to cały dzień. W związku z tym następny dzień postoju w urokliwym miejscu po prostu przespałam.

W owym urokliwym miejscu utknęliśmy znów o noc dłużej niż plan zakładał, żeby przeczekać silne wiatry szalejące na zewnątrz. Każda taka noc jednak opóźniała nas coraz bardziej. Wydawało się, że nigdy nie wydostaniemy się z tych kanałów… Ale za to zawarliśmy znajomość z rybakami, którzy czaili się tak jak i my na lepszą pogodę. Dobiliśmy targu wymieniając chleb za rybę (cóż za symbolika) i najświeższe prognozy pogody. A na trzeci dzień każdy popłynął w swoją stronę.

W Puerto Aguirre bardzo miło nas ugoszczono w marinie, której właściciel rozsnuł wizję wszelkich udogodnień planowanych na rok następny. Trochę to sprawia wrażenie, jakby w Chile dopiero odkrywano uroki żeglarstwa i zaplecze było w fazie tworzenia. Miasteczko pięknie położone na skraju archipelagu małych wysepek oferuje niebanalne widoki i umiarkowanie dobre zaopatrzenie. To znaczy z głodu człowiek nie umrze, ale zapomnieć należy o europejskich nawykach żywieniowych.

Mimo pośpiechu zahaczyliśmy o jeszcze jedno miasto po drodze, Castro na wyspie Chiloe. Miasto, o którym można sporo ciekawych rzeczy przeczytać. Choćby to, że jest jednym z trzech najstarszych w Chile. Przetrwało lata głodu i biedy, czego architektonicznym pomnikiem są dzisiaj domy na palach – przestrzeń do życia dosłownie wyrwana morzu. Koloryt i klimat już zbliżony do strefy tropikalnej, ale przede wszystkim ostatnia sensowna baza przed rejsem… na południe. No ale my w innym kierunku. I już bez ociągania prosto do Puerto Montt, żeby wysadzić część załogi, która drogą lądową popędziła do Valparaiso łapać samolot. A my po krótkiej przerwie na sprawy techniczne i zakupy ruszyliśmy raźno w okrojonym składzie w dalszą drogę, tym razem z południowymi wiatrami! Tak, w końcu żywioły zaczęły nam sprzyjać!

 

A wszystko to opisuję siedząc na skąpanym w promieniach słońca pokładzie. Silnik zagłusza dźwięki morza, ale rześki wiaterek dodatkowo pcha nas w kierunku północnego zachodu. Upał dnia powoli się zmniejsza, niedługo nastąpi ukojenie nocy. Nocy, która zaskrzy się milionem gwiazd. I kilku planet. Ryby latające uciekają przed czymś spod powierzchni morza. Ptaki próbują skorzystać z okazji. Kotłowanina wśród niewielkich fal. Co jakiś czas głowa zaciekawionego uchatkowatego stwora – jak peryskop. I eskadra pelikanów jak bombowce sunących ciężko ale w równym szyku nad lekko pomarszczoną taflą oceanu. Ocean Spokojny – wydaje się, że tutaj można rozumieć jego imię. Zupełnie inne oblicze prezentował na południu Chile.

Jak tu w upale i słońcu pisać o lodach południowych mórz, zawiei śnieżnej i falach jak domy?