Etap II Puerto Montt – Arica, Bye Bye Chile

Północna część Chile odsłaniała nieco inne oblicze. Za Puerto Montt, po przejściu przez kanał Chacao, pomiędzy lądem a północnym brzegiem wyspy Chiloe, doświadczyliśmy dobrodziejstw Oceanu Spokojnego (następne tygodnie pokazały, że jego nazwa jest w pełni uzasadniona, przynajmniej powyżej pewnej szerokości) – delikatnie zafalowany wiatrem wiejącym bez przesady (acz stale, szkwały patagońskie powoli stawały się wspomnieniem) z kierunku południowego, kołysał nas łagodnie ku północy. Sunęliśmy zatem statecznie do przodu, w końcu odmierzając przebyte mile w satysfakcjonującym tempie.

Uwielbiam pływać w takich szczątkowych składach (łącznie w trójkę przepłynęliśmy ponad 3500 mil!), bo mam poczucie, że każdy jest wtedy rzeczywiście niezbędnym elementem tej machiny złożonej z par rąk i statku. Każdy robi to, co akurat musi być zrobione, w zależności do czego najlepiej się nadaje. A gdy wszystko jest już wyczyszczone, naprawione, nakarmione a jacht raźno gna do jasno określonego celu, poczuć można prawdziwe zadowolenie i jedność w załodze. Nagle świat staje się bardzo prosty. Rytm naszej żeglugi na północ bardzo mi odpowiadał. Wspaniały odpoczynek (choć może mi już nie wypada odpoczywać…) Podpuszczana trochę przez towarzyszy, podejmowałam kolejne eksperymenty kulinarne, ze świątecznymi pierogami i pisankami włącznie. Święta Wielkanocne na morzu w tym niewielkim gronie były bardzo miłe! I tylko za pędzle i farby nie łapałam tak często jak powinnam.

Głównymi mieszkańcami wód przybrzeżnych Chile są lwy morskie. Ponoć można tu spotkać także pingwiny! Tych drugich nie widzieliśmy już od dawna, za to stada uchatkowatych mijaliśmy nie raz. A zdarzało się, że oburzone ryczały na nas w nocy, gdy wydawało się, że wytrąciliśmy je z drzemki w dryfie. Zaczynało się też robić coraz cieplej, choć wolniej niż można by się spodziewać. Jeszcze na 6 stopniach szerokości południowej w nocy temperatura spadała do ledwie 8-śmiu stopni. Ale dni już bywały upalne. Krzyż Południa ciągle świecił wysoko na niebie, lecz pojawiła się również dobrze znajoma Wielka Niedźwiedzica. I cała plejada planet! Nie wiem czy zawsze są one widoczne tutaj na niebie, tylko przez zanieczyszczenie światłem nie jesteśmy w stanie tego dostrzec, ale noc w noc mogliśmy obserwować paradę Wenus, Jowisza, Saturna i Marsa (Uran chował się jeszcze przed słońcem, a Plutona nawet z lornetką trudno było zidentyfikować).

Polecam bardzo ładny tekst o Chile z innej perspektywy: „Podróż do Chile: Barcelona pod Andami”, autorstwa Dariusza Raczko, dostępny na portalu logo24. Jest tam mowa choćby o krótkotrwałej ale imponującej eksplozji kwiatów na samym skraju tego pustynnego regionu, której w sprzyjających okolicznościach można być świadkiem żeglując wzdłuż wybrzeża. Głównym źródłem wilgoci są tu regularne mgły, ale raz do roku wody pojawia się w nieco większej obfitości i rośliny w kilka dni nadrabiają całoroczne zaległości…

Pierwszy przystanek miał miejsce w Valparaiso z około tygodniowym opóźnieniem. Nie zabawiliśmy tam zatem długo. Szukając jak zwykle sklepów technicznych w celu dokonania jakichśtam napraw (przez całe życie nie byłam w tylu warsztatach i sklepach wszelakich części i narzędzi co przez ostatnie parę miesięcy. Naprawiania jachtów w najpiękniejszych miejscach świata, czyli żeglowania ciąg dalszy!) i urzędów, żeby dopełnić niezbędnych formalności, zwiedziliśmy przy okazji niewielki fragment miasta, spacerując jego malowniczymi uliczkami. Miasto jest bardzo ładnie położone na zboczach wzgórz, schodzących prosto do morza. W południowej części wieńczy je pionowy klif, zapewne bardzo malowniczy gdyby nie gęsta, szara mgła, która spowijała go w dniu, kiedy tamtędy przepływaliśmy. Jest wszakże ogromne i zwiedzić go w tak krótkim czasie nie sposób. Polecam wsiadanie do przypadkowych autobusów, można dojechać w miejsca wszelakie, nawet te, których się nie planowalo. Co nam się zdarzyło.

Mnie najbardziej urzekł tętniący życiem port, gdzie z gęstej mgły kolejno wyłaniały się ogromne kontenerowce, kontrastujące z wesołymi, kolorowymi kutrami rybackimi na pierwszym planie. Gdzieś spomiędzy chmur zamajaczył szczyt potężnego żurawia portowego ale nie sposób było dostrzec, czy połączony był z lądem czy niebem. Fragmenty zawieszone w przestrzeni. Razem tworzyły płynną ciągłość w czasie. Do tego na brzegu tłumy przyszłych pasażerów, rybaków, handlarzy czy jak my, przypadkowych przechodniów.

Naszła mnie też taka refleksja, że widok wody, a morza w szczególności w jakiś sposób zaspokaja ukryte pragnienia. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że widoki, które ludzi przez wieki najbardziej zniewalały, zawsze wiązały się z wodą. Górska dolina w której wesoło migocze rwący potok, jezioro położone pośród monumentalnych gór, ale też prosty wiejski krajobraz z leniwie rozlaną rzeką. Że gdyby tej wody tam nie było, to czar by prysł. Dotyczy to zdjęć, obrazów, czy wreszcie osobistych uniesień na łonie natury. I rzeczywiście, jest w wodzie coś magicznego. A w morzu, Morzu jako takim w ogóle – najbardziej. Dość stwierdzić, że po dwóch miesiącach żeglugi można by zatęsknić (i tak się rzeczywiście dzieje) za górami, lasami, łąkami… A jednak jak mam wybrać jedno miejsce, dokąd można pójść na spacer, to najchętniej takie z widokiem na morze! I choć praktycznie mieszkam teraz na morzu, to nie przestają cieszyć mnie fale rozbryzgujące się na ostrych skałach, czy ptaki szybujące pomiędzy nimi, odległa pełna tajemnic i obietnic linia horyzontu, czy wreszcie wzory fal w większej skali widziane z samolotu – woda ma to coś.

Podczas gdy mijane do tej pory góry, coraz łagodniejsze, pokryte były gęstą zielenią, na północ od Valparaiso krajobraz całkiem się zmienia. Zapowiedź pustynnych widoków stanowi tam wydma piaszczysta, położona na północ od centrum, tuż przed dzielnicą Concon, w której znajdowała się nasza marina. Po lodowcach i surowych górach Patagonii, stanowiła iście egzotyczną odmianę. I zapowiedź zmian.

W Iquique wpadliśmy na pomysł jednodniowej wycieczki samochodowej po okolicy. Bo ponoć wszyscy jadą „tam na górę”, zobaczyć pustynię, czerwoną lagunę i inne takie, to czemu by nie? Załatwiliśmy formalności, pożyczyliśmy auto i w drogę. Mapę jakąś po drodze się przeglądnie w telefonie i wybierze konkretny kierunek już tam na górze. A tam na górze, czyli niebagatelne tysiąc metrów powyżej poziomu morza – znaleźliśmy się nagle w innym świecie. Pustynia Atacama to ponoć jedna z najsuchszych na świecie (jeśli chodzi o takie zwykłe, prastackie opady deszczu; roślinki i zwierzątka żyją dzięki regularnie nawiędzającym pewne jej rejony, gęstym mgłom). Iquique i leżąca dalej na północ Arica to z kolei miasta o najmniejszych rocznych sumach opadów na świecie. Sprawdzając w którym to roku padał tam ostatnio deszcz, natknęłam się na taką informację o tym pierwszym: opady są najniższe w styczniu, ze średnim poziomem 0 mm. Ze średnią 0 mm największe opady występują w styczniu – brawo za poziom dziennikarsko naukowy, ale mniej więcej obrazuje to lokalne warunki. Miasto leży u podnóża Kordyliery Nadbrzeżnej i choć prawie zupełnie pozbawione zieleni, widok z góry jest imponujący.

Nasza wycieczka zawiodła nas w głąb pustyni, poprzez głęboki kanion, na którego dnie płynął mizerny potok, wystarczający widać dla upraw bananów, kukurydzy i co tam jeszcze potrzebują do życia ludzie zamieszkujący kolejne osady; i znów na wzgórza po jego drugiej stronie. Nie mieliśmy okazji zobaczyć na własne oczy, ale ponoć słynne chilijskie winnice również ukryte są w takich właśnie dolinach pośród pustynnych gór. Droga stopniowo z asfaltowej zmieniała się w szutrową, aż w końcu w ledwie przejezdną naszym małym autkiem ścieżkę, pomiędzy rachitycznymi krzaczkami porastającymi zbocza coraz wyższych gór. Minęliśmy jakieś lamy, osły i inne wiskacze aż nagle za kolejnym pagórkiem widok zupełnie abstrakcyjny – na horyzoncie pojawiły się pokryte śniegiem szczyty potężnych gór. Ten śnieg widziany poprzez pustynny krajobraz okolicy był jak fatamorgana. Tym bardziej nierealny, że barwiony przez zachodzące słońce na coraz wścieklej różowy kolor.

No i mieliśmy trochę dylemat. Do owej Czerwonej Laguny ciągle pozostawało kilkanaście kilometrów, a prędkość nasza spadła do jakichś 2km/h… W dodatku wzrastała szansa, że na którymś kamieniu zawiśniemy i zostaniemy tam już na zawsze. Postanowiliśmy podjąć decyzję następnego dnia i przenocować w samochodzie tam gdzie akurat się zatrzymaliśmy. Decyzja słuszna acz miała swą cenę. Próbowaliście kiedyś spać w trzy osoby w maluchu? Otóż Wolksvagen Gol (!) jest niewiele większy! Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy po wyjściu z auta w celu wieczornej toalety, moja głowa odmówiła współpracy a w dziwnym miejscu (w którym chyba są płuca, jak sobie potem wymyśliłam) poczułam bardzo dziwne uczucie. Wróciłam do auta z lekkim niepokojem i starając się nie podnosić już zanadto głowy, modliłam się o sen. Gdy Władek chcąc zapalić papierosa, z równie wielkim zdziwieniem skonstatował, że wszystkie jego zapalniczki nie działają, choć wydawało się, że powinny, doznał uczucia zawrotu głowy, które błędnie można było w tej sytuacji zinterpretować. Dopiero rano mieliśmy się zorientować, że zupełnie nieświadomie wjechaliśmy na wysokość, bagatela, 4000 m.n.p.m! Dowód stanowiła pozycja zapisana w metadanych Markowych zdjęć, na których udało mu się złapać wyraźnie Oriona i Krzyż Południa – niebo było wtedy bajeczne! W ten sposób pobiliśmy wszyscy swój rekord nocowania na zawrotnej wysokości 3800 m.n.p.m., co zważywszy, że stało się jakby nie było w trakcie rejsu, jest, uważam, nie lada osiągnieciem.

Istnieje szansa, że widzieliśmy Czerwoną Lagunę, ale tylko jako parę pikseli na tle odległych gór. Dojazd do niej możliwy jest tylko czołgiem a na trekking 6-ścio godzinny żywcem nie było czasu. Może to jak z tym, że ‚wiem, że nic nie wiem’ – to przejaw mądrości, to świadomie nie zobaczyć, co było do zobaczenia – to też w pewnym sensie sukces? Zachwyciliśmy się więc kolejny raz widokiem i ruszyliśmy w drogę powrotną – całe te 4 tysiące metrów w dół. Morze, jacht i nasz przerwany rejs wydawał mi się wtedy zaledwie wspomnieniem snu.

Druga ciekawostka to historia tych ziem. Przed Wojną o Pacyfik w latach 1879 – 1884 (a tak naprawdę o złoża miedzi i saletry, którą zapoczątkowało prozaiczne podniesienie podatków dla przedsiębiorstw wydobywczych) granica Peru leżała na południe od Iquique. Dalej, niemal do Chanaral rozciągała się Boliwia. W wyniku wojny obydwa te kraje utraciły ogromne obszary na rzecz zwycięskiego Chile, a Boliwia całkowicie straciła dostęp do morza. W różnych miejscach zarówno w Iquique jak i Arice można natknąć się na monumenty upamiętniające wielkich i poległych tamtej wojny.

Arica położona jest w pobliżu ujścia dwóch rzek, na płaskim obszarze pomiędzy górami. Na jednym ze wzgórz, zaraz obok mariny jachtowej i portu handlowego, znajduje się właśnie pomnik poświęcony poległym i zasłużonym Wojny Saletrzanej oraz ogromna flaga Chile, która razem z tą w Puerto Williams wyznacza końce tego długaśnego państwa. Co po niektórzy mieli szansę zdobyć obie Bandery.

Korzystając z uprzejmości lokalnych urzędników, bez problemów odprawiliśmy się uzyskując magiczną Zarpę do Peru, gdzie miało nas czekać tyleż niespodzianek co wyzwań. Ale póki co niczego nie podejrzewając, ruszyliśmy na północny zachód, w asyście bombowców – szturmowców, czyli ciężko latających zwykle nisko nad wodą, potężnych pelikanów.