Tak się szczęśliwie złożyło, że Foka i Focza Mama namówiły mnie na udział w wycieczce do Patagonii. Jak zwykle próbowałam się wymigać, szukając coraz to nowych wymówek, ale na szczęście podeszły mnie na tyle sposobów, że w końcu uległam. Dziękuję im za upór! (Podobnie jak kiedyś z wyjazdem na ognisko na szczyt Monte Susana z przyjaciółmi z Centro Hipico. Podziałało jak usłyszałam, że mam sama rozsiodłać swojego konia. I wtedy jakoś mnie tknęło, że wolę na niego wsiąść :))

Plan był prosty, pożyczyć auto i pojechać na północ dokąd się uda, tak, żeby było miło i ładnie. Został zrealizowany w trzystu procentach. Nasza przygoda pt. „Trzy Panie w aucie, póki co bez psa” pełna była sytuacji zabawnych, zachwycających widoków, obfitowała w najpiękniejsze miejsca biwakowe na świecie a przede wszystkim odbywała się w doborowej kompaniji.

Pierwszy przystanek miał miejsce w San Pablo, gdzie zaczyna się Półwysep Mitre. Foka tak bardzo marzyła o tym, żeby tam wrócić, że nie mogłyśmy sobie tego podarować, choćbyśmy miały zahaczyć tylko skrawek. Przy ruinach starego hotelu, z widokiem na bezkresne plaże i pełen romantycznego uroku wrak Desdemony, rozłożyłyśmy namiot, hamak, rozpaliłyśmy ognisko i w pełni oddałyśmy się biwakowaniu. Brakowało tylko gitary. Zachodzące słońce na bezchmurnym niebie stanowiło kiczowate uzupełnienie tego wieczoru. Lekko krwiste asado, ziemniaki z popiołu, nocleg na hamaku pod gwiazdami południowego nieba (w tym Krzyżem Południa) – Bezcenne! Miałyśmy też okazję skosztować mięsa guanaco, które delikatniejsze niż wołowina, również jednak skorzystałoby na odpowiednim sezonowaniu.

Genes, gospodarz pobliskiej estancji, łącznik kontaktowy pomiędzy La Chairą a resztą świata (w tym wypadku Centro Hipico w Ushuaia), powitał nas bardzo ciepło i naobiecywał tyle, że zdecydowałyśmy się zostać tam na kolejną noc, kiedy to udostępnił nam swoją chatę gościnną, podarował na obiad okoniowatą rybę (hiszp. róbalo), i doglądał, czując się chyba w jakiś sposób odpowiedzialny za nasze dobre samopoczucie. Takich dni trochę mi brakowało – czas na pracę z komputerem, czas na bieganie, jogę, czas na to, żeby trochę zwolnić i docenić pozostałe dni. Ale tylko na chwilę, tylko jeden dzień. Patagonia wzywała i w końcu trzeba było ruszyć na jej podbój.

Nie tak szybko jednak, jak miałyśmy to w planie, bo okazuje się, że całkiem spore odcinki dróg, również tych głównych, nie doczekały się jeszcze nawierzchni asfaltowej. I tak granicę argentyńsko – chilijską w San Sebastian małym samochodem osobowym pokonuje się całe wieki, jadąc szutrem, który co jakiś czas jest bronowany i walcowany w ramach walki z dziurami, podczas gdy nowe odcinki dróg z dobrą nawierzchnią jeszcze ciągle są w fazie budowy. Następnym razem zdecydowanie 4×4!

W trakcie przeprawy promowej przez Pierwszą Angosturę (moje życie zatacza mniejsze lub większe kręgi) Foka wypatrzyła na przeciwległym brzegu martwego wieloryba, przypominającego sejwala. Truchło, które wyglądało jak po wybuchu od zbierających się w trzewiach gazów, który prawdopodobnie miał miejsce, przymocowane było do brzegu, żeby nie porwały go fale odpływu. Widok był smutny. Pani robiąca sobie selfi na tle czerwono różowych flaków – sprawiała odpychające wrażenie, jeszcze bardziej niż tło. Ale to co zupełnie mnie zszokowało – skóra wieloryba była… popisana! Jakim trzeba byś emocjonalnym jamochłonem, żeby zostawiać swoje bochomazy, jak ze ścian dworcowej latryny, na głowie martwego wieloryba?

Okoliczności następnego noclegu dobrze ilustrują moje i Foki, skrajnie odmienne podejście do biwakowania jako takiego. Podczas gdy ja chcę już dojechać do owej Patagonii i z góry zakładam, że po drodze nie ma po co tracić czasu, Foka stara się celebrować każdą chwilę i szuka do tego najlepszej możliwej scenerii. Zatrzymałyśmy się już po ciemku przy drodze, chowając przed światłami samochodów za jakąś piaszczystą hałdą. W końcu chodzi o to, żeby się przespać i rano ruszyć dalej, czyż nie? Oczywiście rano się okazało, że kawałek dalej droga prowadziła na plażę, gdzie znajdowało się wszystko, czego potrzebowałyśmy do urządzenia biwakowego śniadania, łącznie z kanapą, którą na potrzeby chwili ulokowałyśmy wśród wysokich traw. Dzięki towarzyszkom zrozumiałam, że zanim trafimy do tych największych atrakcji na naszej drodze, czasem warto nieco wolniej pędzić i czerpać przyjemność z tych mniejszych, bo sama droga też już przecież stanowi część wakacji. W tym wypadku dość sporą.

Kawałek dalej zwiedziłyśmy ruiny estancji San Gregorio, przy których leżący na plaży wrak statku nieodmiennie skojarzył nam się z widzianym wcześniej truchłem wieloryba. Jakaś nostalgia na chwilę nas opanowała. Dopóki nie zaczęłyśmy skakać po wraku, wspinać się i wygłupiać na napiętych łańcuchach kotwicznych i ogólnie przygotowywać do abordażu. Ten się jednak nie odbył, bo nie za bardzo było co kraść i kogo mordować. Po krótkiej sesji fotograficznej ruszyłyśmy zatem dalej.

A tak, sesje fotograficzne. Podróżowanie z profesjonalnym fotografem przyrody, czyli Foczą Mamą, ma dodatkowe zalety. Przy każdym postoju na zdjęcie, człowiek z nowym zachwytem spogląda na otaczający go krajobraz i nie musi się wstydzić ani martwić, że nie zostanie zrozumiany, jak wspomni o bajecznie miękko układającym się świetle na kolejnych planach szaro granatowych gór… No i mamy z Fo parę ładnych zdjęć! Tak więc pośpiechem się brzydząc, a za to delektując widokami zmierzałyśmy w stronę Puerto Natales, gdzie chciałam przy okazji zrobić mały rekonesans przed kolejnym rejsem.

Krajobraz pampy po wschodniej stronie Andów składa się głównie z przestrzeni. Przestrzeni, jakiej w Europie chyba nie ma szans doświadczyć. Niebo aż po horyzont, jest niemal nieograniczoną sceną dla spektaklu wszelkich kształtów chmur, oświetlanych promieniami zachodzącego słońca. Gdy do tego pojawiają się coraz większe wzgórza, dramatyzm rośnie i człowiek zapomina już o zamykaniu otwartych w podziwie ust. Granat gór i żółć wypalonych słońcem traw. Ciemna zieleń lasów. Błękit nieba. Fioletowe i sinoszare chmury i złote promienie słońca. Im bliżej Puerto Natales tym bardziej góry rosły i robiło się ciekawiej.

Miasteczko stanowi głównie bazę wypadową do parku Torres del Paine (gdzie i my się wybierałyśmy), ale samo jest ładnie położone i można tam znaleźć parę ciekawych atrakcji. Robiąc rozeznanie na okazję przyszłego zaokrętowania na Zimorodku, z lekkim niepokojem stwierdziłam brak jakiejkolwiek mariny czy choćby kei dla jachtów żaglowych, ale miałam uzasadnioną, jak mi się wydawało, nadzieję, że można skorzystać z kawałka nabrzeża rybackiego. Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jakim to będzie wyzwaniem. (Ciąg dalszy w kolejnym artykule).

Po krótkiej wizycie w galerii sztuki i drobnych zakupach, ruszyłyśmy na poczukiwanie kolejnego miejsca biwakowego. Jadąc w górę fiordu Eberhard (Seńo Ultima Esperanza), znalazłyśmy estancję marzeń. Pięknie położona wśród trawiastych wzgórz, zza których przezierał fiord o mleczno turkusowym kolorze wody. W małej zatoce stały zakotwiczone dwa jachty na tle ciemnogranatowych gór przeciwległego brzegu. Malownicza sceneria, konie, jachty – bajka. Jadąc dalej na północ w stronę parku minęłyśmy słynną jaskinię del Milodon, w której odnaleziono szczątki prehistorycznego żółtawego niedźwiedzia, obecnie główną atrakcję i maskotkę regionu, budzącą na początku niemałe zdziwienie. Miejsce na nocleg znalazłyśmy na terenie prywatnej estancji, gdzie miły Pan pokazał nam drogę nad upatrzone za wczasu jezioro. Cóż za lokalizacja. Kąpiel w jeziorze z widokiem na oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca malownicze góry. Hamak, ognisko i doborowe towarzystwo, czegóż chcieć więcej?

Na szczęście nie dałyśmy się zniechęcić informacjom o zamkniętej drodze do Parku Torres del Paine. Droga w ciągu dnia rzeczywiście była w remoncie (bronowanie i walcowanie), ale rano bez problemu nas jeszcze przepuszczono i miałyśmy okazję odkryć ten park odd najpiękniejszej strony. Mleczno – turkusowe jeziora, typowe kolory Patagonii (żółć spalonych słońcem traw i granat potężnych gór w tle), malowniczne rzeki i wreszcie – one, góry z niezwykle charakterystycznymi trzema wieżami skalnymi. To co słońce wyprawia malując swoimi promieniami owe sławne szczyty jest nie do opisania. Zachody i wschody są tutaj spektaklem, który można podziwiać z rozdziawioną paszczą i zapartym tchem. Spacer po okolicy ukazał nam jeszcze stado guanaco i pięknie mieniące się tęcze nad wodospadem. Tym razem na wyprawę w góry właściwe nie było czasu, zresztą iść w tłumach, które tam ponoć grasują to żadna przyjemność, przejechałyśmy zatem park w tempie żółwia (a konkretnie w tempie grupy składającej się w 1/3 z fotografa przyrody, który nie przepuści żadnej gry świateł i niebanalnych krajobrazów, dając również okazję fotografom amatorom – pozostałym 2/3 grupy na podjęcie prób uchwycenia tego ulotnego piękna) w stronę wschodnich krańców i pola namiotowego, które nas nieco spłoszyło.

Przemysł kampingowy i tabuny piechurów zastane na polu namiotowym całkiem nas zniesmaczyły i pojechałyśmy poza granice parku szukając miejsca idealnego. Takie też znalazłyśmy. W kategorii najpiękniejszych miejsc biwakowych plasuje się ono bowiem na pierwszej pozycji, na równi z poprzednim. Kamieniste koryto rzeki i ognisko z drewna przyniesionego przez wodę. Przestrzeń dookoła aż do gór masywu Torres del Paine. I oszałamiający wschód słońca! Kolejna kąpiel nago, tym razem w rozkosznie orzeźwiającym nurcie rzeki, w takiej aranżacji świetlnej sprawiła, że czułam się jak bogini. Tak namacalny kontakt z przyrodą i prostota naszego życia przez te kilka dni były jak katharzis. Jakby człowiek nagle poznał sens wszystkiego i zniknęły wszystkie troski. Poza oczywiście czającą się w ciemności za kamieniem pumą. A swoją drogą, w przypadku spotkania tej ostatniej należy nie uciekać, wziąć dziecko na ramiona i generalnie wydawać się dużym i groźnym. Nie pamiętam tylko czy należy przy tym krzyczeć czy lepiej nie.

Do kolejnego przystanku prowadziła szutrowa monotonna droga już po stronie argentyńskiej. Z podziwem i współczuciem patrzyłam na mijanych rowerzystów. Do El Calafate dotarłyśmy lekko już znużone tą odsłoną Patagonii. Pampa po horyzont to nie jest krajobraz, w którym chciałybyśmy utknąć na dłużej. Calafate za to jak nasze Zakopane. Krupówki z tysiącem turystycznych knajp i sklepików z tandetnymi pamiątkami. Znalazłyśmy niestety też taki, w którym zostawiłyśmy pół majątku i pojechałyśmy w stronę parku lodowców na poczukiwanie, uwaga: pola namiotowego. Tym razem zaciszna, niebrzydka miejscówka.

Na wycieczkę statkiem do lodowców prawie nie pojechałam. Bo przecież widziałam już takie na żywo, a nie w parku! Niemal jadły mi z ręki. Na szczęście jednak instynkt stadny wziął górę i pojechałam na pierwszą kilkugodzinną wycieczkę zorganizowaną w życiu. Fotografowie ‚profesjonalni’ zatrudniani przez operatorów tego typu usług, budzą mój wstręt, ale jeszcze większe zdziwienie, ilu ludzi daje z siebie robić małpy. Ich sprawa.

Lodowiec Uppsala oglądaliśmy z odległości kilku mil, więc żadna atrakcja. Choć po drodze były fajne górki lodowe. Za to Spegazzini!! Jeden z najciekawszych lodowców jakie widziałam. Ostre iglice jak armia zaklętych w lód żołnierzy kroczących wolno do jeziora pośród gór. Podświetlone od tyłu przez nisko już położone słońce mieniły się pięknie w jego miękkim świetle. Tak, było warto! Zdecydowanie.

W drodze powrotnej do Ushuaia gnałyśmy już (właściwie Foka gnała), żeby urwać jeszcze jak najwięcej z ostatniego dnia przed wyjazdem Foczej Mamy. Taki dzień na podsumowanie naszej wspaniałej wycieczki i pożegnanie na spokojnie. Rozpisałam się okropnie, ale to pierwsza nie morska wycieczka od lat i okazuje się, że z zupełnie nowej perspektywy można przeżywać przygody zupełnie innego rodzaju („co tak śmierdzi benzyną?”, albo gdzie rozpiąć hamak). Bardzo Wam dziękuję, Focza Mamo i Fo, żeście nie nazbyt nachalnie a skutecznie namówiły mnie do udziału w tej Przygodzie. Bawiłam się świetnie i przypomniało mi się, jak fajne może być zwiedzanie świata z lądu!