Kiedyś przeczytałam, że podróż nie może być pełna bez powrotu do Domu, bo inaczej to tylko włóczęga. I że kończy się dopiero w momencie zamknięcia za sobą drzwi. Ale to totalna bzdura. Są podróże, które z różnych względów niestety kończą się jeszcze na długo przed powrotem, (czego nikomu nie życzę!) i takie które trwają jeszcze potem przez bardzo długi czas, aż do momentu kiedy jesteśmy gotowi odpuścić. Podróż na Antarktydę należy do tych drugich. Śmieją się ze mnie, że myślami jestem jeszcze na morzu. I mają rację, gdzieś tam wśród bieli i błękitu lodowców dryfuję pomiędzy ostrymi jak demony górami, pokrytymi śniegiem. I nic na to nie poradzę, bo tak naprawdę nie chcę jeszcze stamtąd wrócić. Nie zamierzam tak łatwo odpuszczać. I choć zgodnie z pierwotnym planem (nieco udoskonalonym) ruszam powoli na Północ, to najchętniej zabrałabym się, gubiąc resztki rozsądku, na kolejny rejs w przeciwną stronę. Jedynie pewne zobowiązania malarskie (które w końcu zgodne są z wybraną drogą i prowadzą do jasno określonego celu) i żeglarskie powstrzymały mnie przed wątpliwymi decyzjami… Ale spokój wewnętrzny został gdzieś tam na dole za horyzontem i pewnie pingwiny na dobre już go zmąciły. Mam szansę go odzyskać jak zaplanuję kolejną tam wyprawę. Wcześniej Arktyka, teraz Antarktyda, tylko jak sobie radzić z tymi tropikami po drodze?

Bałam się Drake’a już w drodze z Urugwaju do Ushuaia. Trochę nam wtedy przywiało a ja miałam ciągle w głowie, że przecież będzie tylko gorzej. Jakże miłym zaskoczeniem była pogoda, którą przywitały nas te niesławne wody. W okolicach Hornu co prawda trochę mętnie, ale potem dwa dni pogody iście sielankowej. Słońce, płasko, plaża. Gdy już nam się całkowicie znudził hałas motoru, powiało z kierunków północnych i pożeglowaliśmy raźno ku krainie bieli. Jak to zwykle z planami bywa, podlegają one ciągłym zmianom ze względu na równie zmienne warunki pogodowe, ale w ciągu jednego tygodnia udało nam się zobaczyć kilka naprawdę ciekawych miejsc. Pozostał jak zawsze niedosyt ale ponieważ jest to miejsce, które skrada duszę, serce, pożera człowieka całkowicie i wypluwa na koniec strzępy pozbawione wszelkich emocji poza tęsknotą, wiem zatem, że tam wrócę. Tym bardziej po tym, co tam zobaczyłam.

Zacznijmy od tego, że pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy, Trinity Island, wyłoniło się z gęstej szarej mgły dopiero w ostatniej chwili. Góra lodowa, gruba czapa śniegu pokrywająca wzgórza i pierwsze pingwinisko wokół pojedynczej samotnej chaty argentyńskiej. A tam pingwiny, których piórkom daleko było do czystych biało – czarnych fraków. Dochodzący nas z wiatrem zapach zdecydowanie uprzedzał o ich obecności na wyspie. To, że pingwiny nie są takie wielkie, jak to się może wydawać, już mnie nie zaskoczyło. Natomiast urzekły mnie zupełnie w swej niezgrabności, hałaśliwości, kłótliwości (między sobą rzecz jasna, nas traktowały jak powietrze)… dopóki nie znajdowały się w wodzie. Tam okazywało się, że są zaiste świetnymi lotnikami, tylko poruszają się w innym ośrodku gęstości niż większość ptaków. I te skoki z i do wody na zasadzie „jakoś to będzie”! Wydaje mi się, że wybraliśmy się na Antarktydę w idealnym momencie. Pingwiny właśnie się rozmnażały i można było podziwiać puchate młode, bardzo młode karmione w gniazdach albo wysiadywane jeszcze przez rodziców jaja.

Poza pingwinami i chatą, na wyspie znajdują się szczątki łodzi wielorybniczej i ofiar jej byłych użytkowników. Pingwiny przechadzające się pomiędzy ogromnymi kręgami wieloryba sprawiają nieco surrealistyczne wrażenie. Do tego przerzedzająca się mgła i chmury odsłaniając kolejne plany stromych, ośnieżonych zboczy gór sprawiały, że świat się powoli powiększał. Stopniowo ukazywały się nowe cuda. I wiedziałam już, że będzie stamtąd bardzo, bardzo trudno wrócić na północ.

Urok wachty świtowej przy ładnej pogodzie jest niezaprzeczalny w każdym miejscu. Ale tam, pośród fantazyjnych gór lodowych i lejącego się powoli z nieba, poprzez warstwę chmur i smugę mgły, delikatnego złota, zastygającego w końcu w nierealne, biało – błękitne, lodowe kształty – zapiera człowiekowi dech. Choć nigdy już nie doznałam tak silnego wzruszenia, które aż wycisnęło łzy z moich oczu, jak na Spitsbergenie podczas mojej pierwszej wyprawy w lodowe krainy, to myślę, że wszystkie kolejne w jakiś sposób przygotowały mnie na to, co zobaczyłam tu na dole. W zasadzie tylko biel, złoto, odcienie szarości i błękitu. I przestrzeń. Zupełnie magiczne światło. Ale gdybym tu trafiła bezpośrednio za pierwszym razem, jest spora szansa, że zostałabym tam na którymś wzgórzu, wpatrując się tępo w ów krajobraz nieziemski aż po koniec świata. I żadna siła by mnie nie ruszyła.

Spacer w górę pozwala spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Nasz jacht zacumowany do wraku statku wielorybniczego Governoren, który spłonął w 1916 roku a jego szczątki osiadły na dnie w zatoce nazwanej później jego imieniem, sprawiał wrażenie maleńkiej łupinki przy szczątkach jakiegoś morskiego potwora. Nie byliśmy tam sami. Pomocna dłoń w takich miejscach cieszy podwójnie. Choć miałam okazję też zobaczyć po raz kolejny, do czego prowadzi zrobienie ze swej pasji regularnej pracy – nawet oszałamiające piękno Antarktydy nie jest się w stanie przedrzeć przez chłodne skiperskie kalkulacje, stres związany z ciągłymi naprawami ale też zblazowanie i znudzenie kontaktami z wymagającymi klientami naszego sąsiada. A może przesadzam. Może ktoś, kto jeszcze zachował dziecko w sobie, znajdzie mimo wszystko chwilę na lepienie bałwana w połowie drogi na jakiś szczyt, z widokiem na raj. I będzie potrafił śmiać się do słońca i śpiewać do gwiazd…

Pingwiny, wieloryby, foki Weddella, albatrosy, petrele, wszystko było po prostu ‚na miejscu’. I mimo wrzaskliwego charakteru tych pierwszych – tchnęło spokojem. Kąpiel w morzu też już nie odebrała mi tchu, jak za pierwszym razem w Arktyce. Choć była wystarczająco rześka w wodzie o temperaturze poniżej jednego stopnia! W dodatku za drugim razem, gdy wchodziłam do wody z brzegu, wypatrując ewentualnego zagrożenia w postaci fok lub innych lampartów, plumskający mi za plecami pingwin nieźle mnie nastraszył. Ale to on zastosował odwrót strategiczny zanim zdążył mnie staranować. Było to jedno z najpiękniejszych kąpielisk w moim życiu! Z górkami lodowymi w pobliżu i nierealną scenerią w tle.

Pierwsza baza, którą odwiedziliśmy, trochę mnie zawiodła. Wiedziałam, że w Port Lockroy jest muzeum i sklep, a nawet poczta – najdalej na południe wysunięta placówka, z której można wysłać list. W swej naiwności spodziewałam się jednak ciekawych opowieści polarników w jakiejś przytulnej chacie a zastaliśmy tam tłum podstarzałych, marudnych turystów, maszerujący od jednej grupy pingwinów do drugiej, według wskazań nadzorujących to pracowniczek stacji. Zasady są proste: po lewej stronie niebieskich pachołków idą pingwiny, po prawej ‚turysty’. Gdy jest skrzyżowanie albo pingwin porusza się nietypowym szlakiem przecinając drogę ludzi, ma on bezwarunkowe pierwszeństwo. Pingwina nie wolno oczywiście zaczepiać ani zbliżać się do gniazd, a jeśli idzie prosto na ciebie, to trzeba zejść mu z drogi. I w takich oto warunkach, pracownice stacji badają przy okazji, jak ruch turystyczny na Antarktydzie wpływa na tamtejszą faunę, szczególnie te nieszczęsne nieloty. Z wizyty w tej bazie zapamiętałam przede wszystkim dwie babuleńki, które całemu światu i wszystkim pingwinom oznajmiały, że zgubiły rękawiczkę i nie mogą jej znaleźć. O godzinie 18 baza dla odwiedzających jest zamykana, owe ‚maksymalnie sześćdziesiąt gości na raz’ grzecznie proszone jest o powrót na swoje jednostki a panie i pingwiny mogą odetchnąć i zająć się swoimi sprawunkami.

Za to wizyty w kolejnych bazach: chilijskiej i argentyńskiej wynagrodziły to rozczarowanie z nawiązką. Były to bazy nieoficjalnie militarne, tzn. oficjalnie również prowadzące badania naukowe (liczenie pingwinów albo obserwacja pogody) zgodnie z wymaganiami traktatu antarktycznego. Ale obsadzone przez marynarkę, lotnictwo i kto tam wie jakie jeszcze służby (mam nadzieję, że nie igram teraz z ogniem pisząc takie rzeczy). W każdym razie w bazie González Videla zostaliśmy bardzo miło ugoszczeni i zaproszeni na wieczornego grilla, obtańcowałyśmy komendantów, zjedliśmy pyszne asado, pozwiedzaliśmy stację i poznaliśmy białego pingwina, przy czym myślę, że chłopaki z bazy też nieźle się bawili. Z kolei w Melchiorze, który dopiero od tygodnia był w użyciu, załapaliśmy się na obiad i wycieczkę po ciągle jeszcze urządzanej stacji. W obydwu miejscach zostaliśmy obdarowani prezentami i potraktowani z bardzo dużym szacunkiem i jakoś zrekompensowało to zgagę po wizycie w skrajnie turystycznej bazie angielskiej. Natomiast wzbudziło we mnie wątpliwości co do starania się o posadę w takim miejscu. Nie bardzo nawet jest jak i gdzie wyjść na spacer! Choć może byłby to dobry czas rozwoju malarskiego…

Pod koniec pobytu tam na dole miało miejsce bardzo ciekawe spotkanie na końcu świata gdy stanęliśmy w dryfie, burta w burtę z Zimorodkiem! Kapitanowie uścisnęli sobie dłonie, wypiliśmy mate, zrobiłam zdjęcia z pontonu naszym jachtom i ruszyliśmy swoimi ścieżkami. Jak miło spotkać swoich ziomków tam wśród bieli Antarktydy!

Zgodnie z ogólnie znaną definicją, że żeglarstwo to naprawianie jachtów w najpiękniejszych miejscach świata, w pewnych momentach uprawialiśmy żeglarstwo dość dosłownie. Choć czy ja wiem, czy skołtuniony szaro bury świat dwie doby od Hornu należy do najpiękniejszych? Dość, że chcąc uruchomić po przerwie silnik, żeby móc pójść nieco ostrzej na wiatr i podładować jednocześnie baterie, poczuliśmy dziwne drgania. Po kilku odrzuconych pomysłach, wsadziliśmy pod wodę kamerę przymocowaną do tyczki i jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy na filmie naszą śrubę. Prezentowała zaledwie dwie z trzech łopatek. Hmm. Do Hornu trochę nas wytłukło, ale po otwartym morzu na żaglach to przecież nie problem. Problem się zaczynał w wąskich kanałach przed Puerto Williams, a na halsowanie się pod wiatr pomiędzy wrakami statków, skałami i brzegami zwyczajnie nie mieliśmy czasu. W końcu dotarliśmy bezpiecznie do Puerto Williams, z małą pomocą Armady, która z własnej inicjatywy wzięła nas na hol. Tam czekała nas wymiana śruby na cudem zdobytą od Dimitri’a z Le Grand Jack en Liberté (serdeczne dzięki!), który zgodził się wielkodusznie wymienić za nową, kupioną w Polsce i przywiezioną tydzień później przez Zimorodka do Micalvi. Wymiany śruby dokonał jedyny w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nurek zdolny do tego i mający błogosławieństwo Armady (Armada czuła się do końca za nas odpowiedzialna i nie puścili nas bez ostatecznej kontroli czy nowa śruba działa i łódka jest sprawna), który biedny spocił się niemal w tej wodzie, przymierzając najpierw nie pasującą śrubę. Aż w końcu po dwóch dniach udało się i nieco wolniej niż poprzednio (trudno oczekiwać, że ktoś będzie miał dokładnie taką śrubę jak trzeba, więc owa zdobyczna była ciut mniejsza od pożądanej) mogliśmy płynąć z użyciem silnika. Kocham tę część żeglowania po trudnych wodach: człowiek człowiekowi człowiekiem. W dodatku serdecznym!

Mogłabym jednak bez końca pisać o pięknych wschodach i zachodach słońca, o zwierzakach, o mgle, o bieli i błękitach lodów i śniegu i jakiejś bezgranicznej tęsknocie… Napiszę więc tylko, że dziękuję bardzo wszystkim, z którymi tam byłam i tym, dzięki którym było to w ogóle możliwe, sprawne i bezpieczne. Szczególnie Kapitanowi, działowi brzegowemu Lodowych Krain i wszystkim wytrwałym mechanikom, którzy dbali w trakcie rejsu o Lady Danę (44)!

W następnym odcinku przygoda w Patagonii i smutne ale konieczne rozstanie z Końcem Świata. Aż do powrotu…